rejsy do dar es salaam

Z Warszawy przez Zurych

5 razy w tygodniu.

 

Bilet już od 2 990.- zł

Rezerwuj teraz

Więcej o wyprawie

Jeśli chcesz poznać wszystkie przygody dziennikarki w Tanzanii 

Agnieszka Rodowicz

Tanzania jakiej nie znacie  Wyprawa Agnieszki Rodowicz 

Lot z Zurichu do Dar es Salaam odbywa się w ciągu dnia. Dzięki temu możemy śledzić naszą trasę nie tylko na ekranie pokładowego systemu rozrywek, ale i przez okno. Po paru godzinach pojawia się wybrzeże Afryki. Jej czerwona ziemia kontrastuje z lazurem Morza Śródziemnego. Przez kilka godzin towarzyszą nam wydmy pustyni. Dopiero na południu Sudanu robi się zielono. Międzylądowanie w Nairobii, półgodzinna przerwa i lecimy do Dar es Salaam. Jest już kompletnie ciemno, kiedy lądujemy.

Dar - Tanzania w pigułce

Dar es Salaam jest największym i najbardziej rozwiniętym miastem Tanzanii i całej wschodniej Afryki, kosmopolitycznym konglomeratem wielu nacji i religii. Cztery miliony ludzi mieszkają w azjatyckim Kisuto, czarnym Kariakoo, zbudowanym głównie dla białych centrum i w nieskończonej ilości obrastających miasto przedmieść. Kisuto jest spokojne, zajęte pracą w setkach małych warsztatów i sklepików. Można tu znaleźć piękne postkolonialne budynki z elementami architektury arabskiej i indyjskiej: półksiężyce, gwiazdy, ażurowe murki, geometryczne okna i kraty, drewniane balkoniki. W historycznym centrum, zwanym Uzunguni wokół poczty głównej jest sporo ciekawej architektury z lat 60. i 70. Rosną też nowoczesne biurowce i hotele o zaskakujących kształtach. Ruch na ulicach duży: kolorowe miejskie autobusy - daladala - jadą na wyścigi. Kierowcy nieskazitelnie białych taksówek zachęcają przechodniów do korzystania z uch usług. W ruch uliczny włączają się piesi ciągnący drewniane wózki wyładowane wszelkim towarem. Kręcą się sprzedawcy jajek na twardo, bananów, orzeszków arachidowych, kokosów, mango. Kariakoo przyciąga turystów jedym z większych targów Afryki.

Z wizytą u Barbaigów

W Tanzanii zarejestrowanych jest oficjalnie 128 pelmion. Najbardziej znani w tej części Afryki są Masajowie. Najbardziej znani, najczęściej fotografowani, najbardziej komercyjni. Dużo bardziej tajemniczy pozostają Barbaigowie. Mieszkają na rozległych sawannach równiny Mang’ati na południe od góry Hanang w centralnej Tanzanii. Podobnie jak Masajowie byli kiedyś koczownikami, pasterzami krów i wojownikami. Odwieczni wrogowie Masajów, prowadzący nadal na wpół koczowniczy tryb, życia zachowali swoje stroje, zwyczaje, hierarchię. Mieszkają w bandach - otoczonych płotem z gałęzi zagrodach. Wewnątrz budują domy z patyków, gliny i krowiego łajna. W krytym suchą trawą domostwie znajduje się palenisko do gotowania, prycza z gałęzi nakryta krowią skórą i naczynia z tykw. Największym skarbem Barbaigów są krowy. Nie tylko dlatego, że przez kilka tygodni w roku (tylko wtedy, gdy mają małe) dają mleko. Krowa to majątek. Barbaigowie praktykujący poligamię mogą mieć tyle żon, ile chcą. Muszą jednak zapłacić za nie krowami. Żona kosztuje dwie-trzy dorodne krowy. Każda z żona ma osobny dom, czasami więc na terenie bandy znajduje się kilka domków.

Na szczycie

Drugi co do wysokości szczyt Tanzanii, Mout Meru wyrasta w północno-wschodniej części kraju. Jest tak potężny, że wydaje się, że znajduje się tuż za Arushą. Tymczasem jest od miasta oddalony o dobrych 40 kilometrów. Meru, dużo mniej popularny niż Kilimandżaro, oferuje równie emocjonującą wyprawę z tą przewagą, że jest o wiele, wiele tańszy i mniej zatłoczony. Meru leży na terenie parku narodowego Arusha. Wejście na szczyt można więc połączyć z obserwacją dzikich zwierząt. Trwa to minimum trzy dni. Wędrówka zaczyna się na rozległej łące, na której pasą się stada żyraf, zebr, bawołów, guźców. Przy odrobinie szczęścia można też zobaczyć słonie. W całym parku jest ich koło setki. Dalej droga wiedzie przez coraz gęstsze zarośla przechodzące w wysoki las równikowy. Z ogromnych drzew mających kilkaset lat zwisają liany i zielone brody porostów. W gęstych liściach chasają gerezy abisyńskie – rzadkie małpy z rodziny makakowatych z długim czarno-białym futrem. Wokół naszych głów krążą przepiękne, kolorowe motyle. Pod koniec pierwszego etapu wędrówki drzewa stają się niższe, wychodzimy na rozległe wypłaszczenie – Crater Plain. Krajobraz jest tutaj zupełnie księżycowy – czarna, zastygła w bezruchu lawa, która setki lat temu spłynęła z krateru zwanego Ash Cone, tworzy niezwykłą scenerią. Niewysokie drzewa mają fosforyzująco-zielony kolor. Są też liczne czaszki bawołów, które przychodzą tu, kiedy nadchodzi kres ich życia. Kolejny etap wędrówki wiedzie na wysokość 3500 m n.p.m. Idziemy teraz wyciętymi w zboczu stopniami. Droga wiedzie raz w dół, raz w górę, wokół kolejne piętra rośliności. Drzewa są już niższe, ale za to spotykamy coraz częściej ciekawe kwiaty. Długie liście i białe kwiaty tasiemecznika abisyńskiego, ogromne starce drzewiaste – drzewa charaktersytyczne dla wysokich partii Kilimandżaro i Meru. Czerwone gladiole wyrastają ze zwalonych pni. Pomarańczowe, dzwonkowate irysy bujają się na wysokich łodyżkach. Dzień kończymy wejściem na tzw. Little Meru – niższy szczyt. Niestety w strugach deszczu. O 6 po południu. O 1 w nocy ruszamy w kierunku szczytu. Przed nami 5-6 godzin wędrówki. Towarzyszy nam drobny deszczyk. Po godzinie wychodzimy powyżej chmur. Powietrze jest teraz krystalicznie czyste, nad nami roje gwiazd. Wolno, bardzo wolno wchodzimy w górę. Po osypujących się wulkanicznych zboczach, skalistych trawersach, wąskich graniach. Daleko w dole migocą światła Arushy. Kiedy niebo zaczyna się różowić jesteśmy na ostatnim, stromym podejściu. Jeszcze tylko 20 minut, 10, 5. Jesteśmy na szczycie! Pod nami wulkaniczny stożek krateru. Przed nami wyrastające ponad chmury Kilimandżaro i wychylające się zza niego słońce.